Chochlik drukarski wiecznie psoci!

Jak myślicie, czy chochlik drukarski przetrwa rewolucję IT?

Ten mały posturą, a wielki złośliwością skrzat mieszkał w każdej drukarni. Upodobał sobie pudełka z czcionkami i wytrawnym zecerom mieszał fonty. Ludzie mówią, że wredność ta wynikała z jego niecnego charakteru. Nam natomiast przyszło do głowy, że może po prostu on się nudził. Jaka jednak byłaby tego przyczyna, nie da się ukryć, że chochlik drukarski to utrapienie każdego wydawnictwa.

Przed erą składu komputerowego, który ułatwił nam niebotycznie proces składu i łamania tekstu, taka ingerencja chochlika drukarskiego była zmorą i koszmarem. Śnił się on redaktorom naczelnym: czcionki odlane w linotypie, szczotka drukarska wydrukowana, maszyny  ruszają pełną parą, a tu zamiast „wady i zalety”, widnieje „zady i walety”.

Wydawałoby się, że dzisiaj, gdy korektę w pliku można zrobić w ostatnim momencie przed wysłaniem do drukarni, to chochlik powinien znaleźć sobie nową pracę. Niestety znalazł, nie tyle inne zajęcie, co następnego sprzymierzeńca: nieustający pośpiech redaktora.

Dawniej, gdy błąd został już wydrukowany, to wtedy na scenę wstępowała errata: to ta mała karteczka, co często wypada ze starych książek, której nikt nie czyta. A była, nie bójmy się tego stwierdzenia, ochronną blachą na redaktorskich pośladkach.

A dzisiaj mamy goliznę. Przekonanie o łatwości cyfrowego druku, komputerowego składu i łamania oraz o możliwości wprowadzenia poprawek na każdym etapie przygotowania publikacji, osłabiła naszą redakcyjną czujność.

I nikt już nie zamieszcza errat w wydawnictwach.

W Brave New Publishing zapewne też zamieszkał taki chochlik drukarski. Karmimy go jednak dobrym słowem i czujnością zabezpieczamy się przed  jego psotami. Mamy armię naprawdę dobrych redaktorów, świetnych składaczy i doświadczonych dowódców na polach bitewnych wydawnictw.

Nie znaczy, że nie zdarzy się nam coś przeoczyć, ale będzie to naprawdę wyjątek!

Pytanie też, czy bohater naszego wpisu, nie powinien się inaczej nazywać. Do tej pory chrzczono go również imieniem diabełka, trantiputla czy szwambuła, a  przecież dzisiaj ślady jego żartów znajdziemy nie tylko w słowie drukowanym, ale przede wszystkim w „internetach”.

To jakby go nazwać inaczej? Chochlik cyfrowy? Digital chochlik? Zerojedynkowy diabełek?

A na dowód, że nie konfabulujemy, poniżej przykład z Polskiej Agencji Prasowej. W 2013 r. agencja podała informację o prezentacji aktu lokacyjnego miasta Krakowa:

PAP zacytowała wypowiedź:

 ”Chcemy wyjaśnić, czy zachowana luzem w zbiorach Archiwum pieczeń księcia Bolesława Wstydliwego mogła być przywieszona do aktu lokacyjnego.” 

– raczej wątpić należy, że słowa o pieczystym padły z ust dyrektorki Archiwum. Raczej wyraźnie powiedziała o pieczęci. Ale chochlik, gdy dziennikarz pisał tę informację, podsunął mu obraz jak Oleńka Billewiczówna częstuje Kmicica wybornych półgęskiem, i wtedy głodny wyrobnik pióra zamiast pieczęci zobaczył piękną pieczeń. Pytanie: z jakim sosem mu się ona objawiła.

Z takich przykładów znalezionych na portalach, w prasie czy książkach, moglibyśmy zrobić cały katalog!

Dajcie w komentarzach przykłady, a my stworzymy z nich historię!

chochlik drukarski

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany