52 książki w roku – wyzwanie czytelnicze

Czy wyzwanie czytelnicze „Przeczytam 52 książki w roku” to jest jeszcze jedna odmiana popisywania się, życia na pokaz, ulegania trendom?

A może jest to zupełnie niezła akcja, by zmotywować nieczytających, lub czytających mniej, do zintensyfikowania swoich wysiłków (prawda jak to ładnie brzmi?)

A poza tym rodzi się jeszcze jedno pytanie: co jest ważniejsze CEL czy PROCES? Co lubicie bardziej? Samo czytanie? Przecież się zdarza, że nie przeczytamy całej książki, tylko wybierzemy sobie interesujące fragmenty. Czy jednak ważna jest dla nas świadomość, że przeczytaliśmy (mam nadzieję, że ze zrozumieniem) całkiem spory pakiet wydawnictw.

Te wszystkie pytania stanęły przede mną w karnym rządku zaraz z Nowym Rokiem. Takie wyzwanie czytelnicze to świetne postanowienie noworoczne.

No i oczywiście pojawia sie ono również w okolicy publikowania tych strasznych statystyk, jak to mało czytamy.

Uważam, że mitem jest przekonanie, że całe społeczeństwa (tzn. te inne społeczeństwa) czytają. Zawsze czytających będzie mniejszy procent, tak jak tych naprawdę wykształconych i ciekawych świata. Przeciętny obywatel przede wszystkim produkuje i konsumuje (w niewielkim stopniu myśli) i jest z tego najzupełniej zadowolony.

Niewątpliwie np. w Wielkiej Brytanii, Czechach, Niemczech czy w Francji poziom czytelnictwa jest wyższy niż w Polsce. Tam codziennością są reklamy najnowszych pozycji wydawniczych w metrze, na przystankach, ulicach, po prostu wszędzie.

Tam, gdy polityk chce przekonać do siebie wyborców, to udziela wywiadu na tle regału z książkami. W jego portfolio politycznym znajdziemy listy lektur, które wpłynęły na polityczne poglądy. W Polsce publiczne przyznanie się polityka do oddawania się takiej czynności, nie przyniesie dodatkowych głosów. Raczej zniechęci tych kilka niezdecydowanych.

Teraz oczywiście padnie zarzut, no tak bo Polacy to taki ociemniały naród, a Brytyjczycy, Czesi, Niemcy czy Francuzi to cywilizacja. Ale gdyby porównać historię czytelnictwa w naszych krajach można dojść do bardzo ciekawego spostrzeżenia.

Dawniej, czyli myślę o dobie jeszcze powszechnego analfabetyzmu, tak do połowy dwudziestego wieku, procent czytających był niewielki.

Najwięcej czytali przedstawiciele klasy średniej – mieszczaństwa. To właśnie dla tych ludzi wykształcenie i lektura były prawdziwym awansem społecznym. To oni poprzez pracę zdobywali powodzenie, prestiż i poprawiali swoją życiową sytuację. Inteligencja np. w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech lub pobliskich Czechach wyrosła w XIX wieku z mieszczańskich ambitnych korzeni. Dla tych ludzi wykształcenie było nobilitacją. 

A w Polsce? W szlacheckiej demokracji nie mogła wykształcić się silna klasa średnia. To średniozamożna szlachta była tym, czym mieszczaństwo w innych krajach, a szlachta zaś nie musiała zdobywać wykształcenia, by czuć się znobilitowana. Miała już swoje przywileje.

W XIX wieku dla szlachty tzw. „wysadzonej z siodła”, czyli tej która nie była się w stanie utrzymać z posiadania ziemi,  praca zarobkowa była czymś gorszym i nie stanowiła powodu do chwały. Oczywiście zaraz pojawią się głosy, że przecież w ziemiańskich domach były całe biblioteki! Oczywiście były, ale często jako lokata kapitału lub spadek po przodkach. Naprawdę sądzicie, że wszyscy członkowie tych wielkich rodzin byli zapalonymi czytelnikami? 

Nie przeskoczymy swojej tradycji i historii, musimy się z nią pogodzić i zamiast ubolewać jak to mało ludzie czytają, cieszyć się, że jeszcze w ogóle czytają.

No właśnie, a wracając do naszego wyzwania czytelniczego, to gdy przystąpiłam do spisywania listy lekur, to szybko się ona zamieniła w listę wątpliwości: 

  • Czy cienki kryminał Agathy Christie tak samo będzie się liczył, jak któryś z tomów Millenium Stiega Larssona? 
  • Jeśli przez cały rok będę tylko czytać jeden traktat filozoficzny o tysiącu stron, a pominę wszystkie nowe książki Remigiusza Mroza, to czy w związku z tym będę gorszym czytelnikiem niż ten, kto je przeczyta?
  • No i jeszcze, czy tylko książki w naszym rozwoju intelektualnym się liczą? Czy np. opublikowane wywiady w prasie, reportaże, a nawet dłuższe posty na FB poruszające ważkie problemy, to coś mniej ważnego niż ostania książka Katarzyny Michalak?
  • Jakość czy ilość? 
  • Rozrywka czy przygoda intelektualna?

Zapewne moglibyście dorzucić jeszcze kilka bardzo zasadnych pytań.

A próbując odpowiedzieć sobie na kilka z nich, to doszłam do wniosku, że my w Brave New Publishing opowiadamy się za jakością i przygodą intelektualną, ale i wyzwania nie sa nam obce. Bo powiedzcie, czy to dobry pomysł na biznes, by uruchamiać wydawnictwo wtedy, gdy podobno poziom czytelnictwa spada na łeb i szyję?

Nie opublikujemy 52 książek w roku, i nie wiem nawet, czy tyle przeczytamy, ale te co wyjdą z naszego wydawnictwa lub stoją naszych półkach w kolejce do przeczytania – to te naprawdę intrygujące i inspirujące! Więc czego chcieć więcej!
A Wy lubicie wyzwania? I czy czytanie ma się ograniczać tylko do książek? Dajcie znać, do którego gangu należycie!

Komentarze: 2

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany